Jesienna integracja
Nadzwyczaj łaskawa, październikowa pogoda otoczyła uczestników wycieczki
Pińczów-Umianowice-Pińczów, zorganizowanej przez naszego kolegę lek.wet. Marka Kosteckiego w dniu
21.10.2006.
Wszyscy chętni, w doskonałych humorach zgromadzili się o godzinie 11:00 na
stacji ciuchci EXPRES PONIDZIA w Pińczowie. Niektórzy - chyba nie dowierzając możliwościom
organizatora-zabrali koszyczki z prowiantem. Jak się potem okazało - naprawdę niepotrzebnie.
Z nieznacznym opóźnieniem - ponieważ oczekiwano na ewentualnych spóźnialskich, którzy zadeklarowali swoją obecność, a nie raczyli powiadomić o rezygnacji z uczestnictwa /oj, nieładnie!/ - kolejka ruszyła puszczając parę i wydając przeciągły gwizd. Większość uczestników po raz pierwszy miała okazję wybrać się na podbój dzikiej, nadnidziańskiej przyrody tak atrakcyjnym transportem. Jeden z wagoników - odkryty, dawał szansę bliskiego kontaktu z gałązkami krzewów rosnących przy torowisku. Można było poczuć gwizd wiatru w uszach i poćwiczyć refleks, o czym przed wyjazdem uprzedził maszynista. Drugi wagonik - zakryty, dawał wprawdzie bardziej komfortowe warunki jazdy, ale co to za atrakcja! Natomiast bardzo się przydał w drodze powrotnej, kiedy było ciemno i zimno. Przejście pomiędzy wagonikami sprzyjało pełnej integracji. Był także trzeci wagonik, w którym mieściła się strzelnica, lecz w czasie jazdy z oczywistych powodów zamknięta. Po przybyciu na miejsce została otwarta i każdy, pod uważnym okiem instruktora, mógł poćwiczyć lub doskonalić swe umiejętności strzeleckie z wiatrówki. Nie bez przyczyny piszę "doskonalić", ponieważ w czasie porównań punktacji na tarczach strzeleckich okazało się, że weterynaryjna brać - bez względu na płeć-osiąga niemalże doskonałe wyniki. I tu uwaga - bójmy się "miłościwie panującego" i jednej z pań z ZHW. Te zawody strzelnicze stanowiły świetny dowód na to, że możemy w naszej grupie zawodowej stosować zdrowe zasady konkurencji, bo gdy ktoś nie był zadowolony ze swoich wyników, starał się je zwyczajnie poprawić poprzez dodatkowe ćwiczenia. Nie była to jedyna atrakcja popasu w Umianowicach. Na przywitanie rozpalony grill rozsiewał
apetyczne zapachy kiełbaski. Wygłodzone "daleką" podróżą towarzystwo pochłaniało ogromne jej
ilości. Nie był to jednak jedyny składnik imprezowego menu. Bardzo smaczny i cieszący się dużym
wzięciem karczek, świetnie przyprawiony, kruchy łaskotał podniebienie zmęczonych tancerzy w
przerwach między tańcami. Nadzwyczajny smak grilowanej kaszanki również wprawił w zachwyt nawet
najwybredniejszych smakoszy.
Był także gorący bigos, ale jego autora w drogę powrotną na pokład Ciuchci nie zabraliśmy.
Muzyka folklorystyczna puszczana z magnetofonu przez lokalnego "didżeja"
dawała wiele radości tańczącym, dostarczała podkładu muzycznego dla śpiewających i nie przeszkadzała
rozmawiającym.
A rozmawiać było o czym, bo rzadko bywa okazja spotkać się w takim gronie. Wiele dyskusji wciąż prowokują zmiany dotyczące inspekcji w obliczu dostosowania polskich przepisów do wymagań unijnych, brak spójności i klarownych zasad postępowania inspektorów w określonych sytuacjach, nadążanie za coraz to nowymi rozporządzeniami, czy też urzędnicza nadinterpretacja prawa unijnego, często krzywdząca naszych producentów. Ta tematyka przewijała się z rozmowami na tematy osobiste, z wymianą poglądów w różnych dziedzinach, a przeplatana dowcipami wywoływała salwy śmiechu. Taka właśnie była atmosfera, że opowiadający nawet przykrą sytuację ze swego życia sam widział w niej wątki humorystyczne. Było też sporo atrakcji nie przewidzianych przez organizatora, ale które życie samo przyniosło. Uczestniczką imprezy była mała Natalka - maskotka, która przyciągała uwagę wszystkich i bawiła się wśród nas doskonale. Jej dokonania na parkiecie i muzykalność są godne odnotowania, ale sprawność fizyczna i zdolności akrobatyczne zaprezentowane na grubych balach tworzących ogrodzenie parkietu są nie do opisania - dlatego niech żałują ci co nie byli. Trzeba też wspomnieć o " starej- młodej" parze weterynaryjnej, która tego dnia obchodziła 24 rocznicę ślubu, a nieopatrznie /albo opatrznie/ ujawnił ją ktoś z grona bliskich znajomych. Niby nic, ale rozbawione towarzystwo poczuło się jak goście weselni i końca nie było toastom i okrzykom "gorzko". Powstała taka wrzawa i rozniosły się śpiewy, że prawie nie było słychać Marka, który nawoływał przez mikrofon do powrotu na parkiet. W każdym razie przez krótki czas wytworzyła się kakofonia dźwięków puszczanych przez "didżeja", a wyśpiewanej mocnymi, weterynaryjnymi głosami piosenki "Hej, sokoły". Po zaludnieniu parkietu , co wnikliwsi obserwatorzy spostrzegli ze zdziwieniem bose, męskie stopy pląsające pośród obutych. Rzeczywiście - widok nietypowy, wymagający wyjaśnienia. Otóż rzeczony "gołonóg" został zidentyfikowany jako odmiana fauny nadnidziańskiej, ale na szczęście udomowionej, bo - dodatkowo - został zidentyfikowany przez swą małżonkę/wcale nie po stopach/. Tu muszę całkiem serio wyjaśnić, że ten nasz kolega jest miłośnikiem przyrody z duszą zdobywcy, zapalonym wędkarzem i w wolnych chwilach podróżnikiem, w związku z tym zrobił sobie dłuższą chwilę wytchnienia poznając nadnidziańskie bagna. Efektem - prócz zaspokojenia żądzy poznawczej - było przemoczenie butów, które wraz ze skarpetami suszyły się w cieple wesoło trzaskającego ogniska /bo i takie było/. A ich właściciel, kierując się lekarsko-weterynaryjnym rozsądkiem, rozgrzewał stopy w tańcu. Niestety, wraz z upływem czasu, zapadającymi ciemnościami i spadkiem temperatury
nadeszło hasło wyjazdu. Próbowano go odwlec, ale mimo dodatkowych piosenek i pląsów - stało się!
Karnie się wszyscy zapakowali do krytego wagoniku i ciuchcia - z dużo większym obciążeniem, ale
ruszyła. Smutek zbliżającego się rozstania osłodził w dużej mierze świetny humor i bogaty repertuar
piosenek i przyśpiewek odśpiewanych chóralnie. Były także przyśpiewki indywidulane, które pokazują
jakie są wśród nas, nie odkryte pokłady talentów.
I sama nasuwa się refleksja, ile jeden człowiek może zrobić dla wielu. I właściwie jeszcze jedna -
okazuje się, że wszyscy rozmawiamy tym samym językiem.Na stacji "EXPRESU PONIDZIA" w Pińczowie nie było końca pożegnaniom, hasłom, deklaracjom i okrzykom "Hip, hip, hurra... "na cześć ........... Marka Kosteckiego, oczywiście! Ach, cóż to był za wieczór.......... Helena Szwej PS. Marku, z pewnością wyrażę odczucia wszystkich uczestników gorąco i serdecznie dziękując Ci w ich imieniu za zorganizowanie tak wspaniałej imprezy integracyjnej. A we mnie masz odtąd wiernego reportera. Dziękuję także na tych łamach, dyrektorowi WIWet., lek.wet. Bogdanowi Konopce,
który mocno wspierał ideę tego spotkania propagując ją, namawiając do uczestnictwa, ponadto - dając
przykład swoją aktywną postawą /to też jeden z talentów/.
I dziękuję sponsorom - to z kolei znakomity przykład umiejętności współżycia
pomiędzy różnymi grupami zawodowymi czyli sztuka kompromisu. Peesik! Nikt się nie przeziębił. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() |